Anna Balińska: Jak wpłynęła na mnie pandemia?

2021-03-25 07:00:00(ost. akt: 2021-03-24 14:26:40)
Iławianka Anna Balińska z napisaną przez nią książką "Sekrety Welu"

Iławianka Anna Balińska z napisaną przez nią książką "Sekrety Welu"

Autor zdjęcia: Edyta Kocyła-Pawłowska

Mija 12 miesięcy, dokąd na Warmię i Mazury dotarł koronawirus. Dla wielu mieszkańców naszego województwa był to rok trudny nie tylko pod kątem zdrowotnym. O tym, jak na nią wpłynęła pandemia, odpowiada Anna Balińska z Iławy, autorka powieści, której akcja toczy się w Lidzbarku, informatorka turystyczna, mama.
Niełatwo mi jednoznacznie powiedzieć, jak na mnie wpłynęła pandemia. Być może dlatego, że pełnię wiele ról w życiu i dlatego pomyślałam, że najlepiej będzie, jeśli opowiem o tym pod kątem każdej z nich.

JA

Nigdy nie robię postanowień noworocznych. Z prostego powodu. Wiem, że to zbędna presja i rzadko osiąga się rezultaty. Na początku 2020 roku było jednak zupełnie inaczej. Poczułam, że moje życie przypomina błędne koło. Wstaję o świcie i zaczynam kręcić się w tym kole, czując coraz większy ciężar, aż w końcu padam chwilę przed północą, ledwie żywa ze zmęczenia. Pomyślałam: Dość, muszę coś z tym zrobić. Życie nie może uciekać mi przez palce. Zaczęłam praktykować jogę. Zrozumiałam, jak wiele zależy od prostych ćwiczeń oddechowych i mojego umysłu. Potem doszła medytacja, mantry. Zaczęłam zagłębiać się w zupełnie inną literaturę, muzykę i film. Zaczęłam odkrywać siebie i to, kim właściwie jestem.

Lada moment miała ukazać się moja kolejna książka "Sekrety Welu", a ja – po dość długiej przerwie na urlop wychowawczy – planowałam wrócić do pracy. Wszystko układało się po mojej myśli. Miało być łatwo, pięknie i spokojnie. Synek w wymarzonym przedszkolu. Ja - powrót do pracy, którą tak lubiłam, a wolne chwile spędzone na spotkaniach autorskich z ludźmi, których tak uwielbiam. Miało być pięknie...

Pamiętam ten wieczór, kiedy pierwszy raz dotarły do mnie szczątkowe informacje: jakiś covid, jakiś wirus, pierwsze zachorowania, na drugim końcu świata. Byłam spokojna. Pomyślałam, że nawet jeśli dotrze do Polski, to nie może być tak tragicznie, jak przedstawiają to media, w końcu człowiek zaprogramowany jest na przetrwanie.

JA - MATKA

Panika dopadła mnie w momencie, gdy słonecznego popołudnia usłyszałam o zamknięciu szkół i przedszkoli. Usiadłam na kanapie, czując paraliżujący strach. Co teraz będzie? Mam tatę w grupie ryzyka. Mam synka, który urodził się z obniżoną odpornością. Na litość boską, i co będzie z nimi, jeśli ja, nie daj Bóg, zachoruję?! Nie przerażały mnie objawy covida, tylko to, że go nie znam. Lęk przed nieznanym to chyba jedna z gorszych form lęku. Oczywiście rzuciłam się w wir dezynfekowania, nałogowego wyparzania wszystkiego, co mnie otaczało. I nagle dotarło do mnie, co generuje mój strach. Telewizja! Jak mogłam być spokojna, skoro zewsząd atakowały mnie słowa wypełnione złą energią: cierpienie, śmierć, choroba, pandemia. Postanowiłam zerwać z tym.

Postanowiłam, że jeśli mam umrzeć na koronawirusa, to wolę umrzeć w spokoju. Jednak jeśli mam przeżyć, to nie chcę po całej tej pandemii przejść załamania nerwowego. Szanuję swoje zdrowie. Od tamtej pory w moim domu nie ogląda się żadnych programów informacyjnych. Wybieramy konkretny film, na ogół z platformy filmowej, a poza tym nie ma szansy, aby telewizja leciała w tle. Wolę ciszę lub piękne, oczyszczające mantry, czy relaksujące radio, zamiast nerwowego, pełnego nienawiści bełkotu.

Mijał czas. Nadeszła Wielkanoc. Przyzwyczajona do rodzinnych spotkań byłam załamana myślą, że spędzimy je sami w czterech ścianach. Jednak moje przemyślenia, ta praca, którą wykonywałam nad samą sobą, sprawiły, że postanowiłam się nie użalać. Aby nie stać w kolejkach i wspomóc lokalną gastronomię, zamówiłam kilka potraw na wielkanocny stół. O dziwo, zamiast wyrzutów sumienia, że nie pojawią się na nim własnoręcznie wykonane dania, poczułam radość. Zrozumiałam, że zaoszczędziłam mnóstwo czasu na staniu przy garnkach i patelniach na rzecz wspólnego malowania pisanek z synkiem, czy po prostu odpoczynku. Zrozumiałam, że wszystko jest nam po coś dane. Nie ma sensu tracić energii na malkontenctwo czy strach. Co ma przyjść i tak przyjdzie, czy będę żyła w lęku, czy nie.

Na ogół matki, które wracają do pracy, mają w głowach mętlik. Jak będzie wyglądało moje stanowisko pracy po takim czasie, czy sobie poradzę? Co będzie z moim dzieckiem, czy zaadaptuje się w nowym miejscu, z nowymi opiekunami? I jak my sobie poradzimy z tymi wielogodzinnymi rozstaniami. Mamy, które wracały w 2020 roku do pracy miały dodatkowe pytania: jak odnajdziemy się w covidowym świecie, który chciałybyśmy oszczędzić swoim dzieciom.

JA - INFORMATOR TURYSTYCZNY

I nagle dotarło do mnie, że lada moment wracam do pracy, do miejsca, gdzie każdego dnia przewija się mnóstwo osób z różnych zakątków świata. Powrót do biura Informacji Turystycznej był piękny, ale i zarazem trudny. Polska Organizacja Turystyczna na bieżąco dawała nam nowe wytyczne co do naszego biura czy zabezpieczeń. Po majówce udało nam się otworzyć punkt IT przystosowany dla turystów. Płyn do dezynfekcji, osłona pleksi nad ladą, maseczki, przyłbice, ulotki przechodzące trzydniowe kwarantanny. Ubrani jak kosmici ruszyliśmy do boju. Jednymi z pierwszych turystów byli mieszkańcy Katowic, gdzie wówczas było ognisko zachorowań. Turyści dzielili się z nami swoimi przemyśleniami. Jednak najpiękniejsze było to, kiedy słyszeliśmy: dziękuję. Dziękuję, że jesteście otwarci, w czasach, w których większość punktów informacji turystycznych jest zamknięta. Uśmiech ludzi, którzy mimo pandemii uciekli do oazy spokoju, jakim była dla nich Iława, i spędzili tu miło czas, był dla nas najważniejszy. Zresztą naszą pracę dostrzegli również radni.

JA - AUTORKA POWIEŚCI

I przyszło to dziwne zakłopotanie, kiedy czytelników, których książki miały odciągać od komputerów, zaprasza się na spotkania online. Na rynku wydawniczym pojawiają się "Sekrety Welu". Nie wiem, czy w ogóle spotkam się z czytelnikami na promocji książki. A nawet jeśli, to jak będzie wyglądało to spotkanie. Nagle pojawia się strach i zwątpienie. Biorę kilka głębszych oddechów. Przecież to nie zależy ode mnie. Nie mam kontroli nad światem. Muszę zaufać.

Myślę jednak, że to co dajemy innym, wraca do nas ze zdwojoną siłą. Skoro chcę obdarować świat radością, on obdarowuje mnie tym samym. Obostrzenia pozwoliły na spotkanie w plenerze. Tego dnia była piękna pogoda, słoneczne niebo, a burmistrz Lidzbarka Maciej Sitarek wraz ze swoimi pracownikami zorganizował wspaniałą uroczystość nad jeziorem. Przyszło mnóstwo osób, zespół Lewickie & Deredas uświetniło swoją muzyką, dając koncert. I jak tu nie cieszyć się z takiej okoliczności? W jednej chwili mogłam zapomnieć o pandemii i tym trudnym czasie. Wypełniła mnie radość i wdzięczność.

Mija rok od tamtych wydarzeń. Żyjemy niczym w rollercoasterze. Jednego dnia wszystko się otwiera, maleją liczby zakażeń, jednak niczego nie jesteśmy pewni, bo przecież jutro możemy zrobić trzy kroki do tyłu.
Mimo niepewności udało mi się wydać kolejną powieść "Miejsce na ziemi", która mam nadzieje sprawi, że czytelnicy odnajdą chwilę wytchnienia i zatracą się w tej powieści. Wielkimi krokami zbliża się Dzień Kobiet, czyli dokładnie piąta rocznica od mojego debiutu. Na tę okoliczność powstało II wydanie "Pod pelargoniowym balkonem". Skrycie liczyłam, że tym razem spotkam się z czytelnikami na żywo. Niestety, przyjdzie nam się połączyć online.

Mimo niepewności moja praca wre, a ja przygotowuję się do sezonu turystycznego, licząc, że okaże się łaskawy, a biuro Informacji Turystycznej będzie pękało w szwach, jak chociażby w 2019 roku.
Mimo niepewności moje dziecko z przyjemnością chodzi do przedszkola i choć od czasu do czasu przyniesie własnoręcznie wykonaną pracę, a innym razem katarek, to wiem, że była to najlepsza decyzja w naszym życiu i nic nie zastąpi mu kontaktu z rówieśnikami oraz kreatywnych pań. A nawet jestem przekonana, że nasza relacja jest wartościowsza, gdy spędzamy czas intensywnie przez kilka godzin dziennie.

Mimo tego wszystkiego staram się wierzyć, że pandemia wpłynęła na mnie i na innych ludzi pozytywnie. Że zaczęliśmy doceniać niedocenianych jak np. fryzjerzy, kurierzy, taksówkarze, czy panie w sklepie spożywczym. Dla mnie każdy człowiek idący do pracy i starający się żyć "normalnie" jest bohaterem. Ja zaś zrozumiałam, że nie wszystko jest nam dane na zawsze, że nie ma sensu pędzić w tym codziennym kołowrotku zwanym życiem, bo to donikąd nie prowadzi. Każdego dnia budzę się z wdzięcznością, za to, że mogę oddychać swobodnie, gdy inni walczą o życie pod respiratorem. Za to, że mogę pocałować ciepły policzek mojego dziecka, kiedy inni tracą bliskich z powodu wirusa. Za to, że mogę pójść do pracy, kiedy inni zamykają swoje firmy. Za to, że jestem w tym miejscu, w którym powinnam być i za każdą życzliwość oraz serdeczność innych ludzi, w czasach, które tak bardzo chciałyby nas podzielić.

eka


2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5